Karmię, jem, ale to nie wszystko

Karmię, jem, ale to nie wszystko. Ważę mniej, niż przed ciążą i chyba powinnam zamiast kropki na końcu zdania odpalić fajerwerki. Jednak choć trudno w to uwierzyć, szybki powrót do formy po ciąży ma swoje minusy.

Powrót do formy

W ciąży przytyłam książkowo, bo jakieś 12-13 kg. Niecałe dwa miesiące po porodzie weszłam w dżinsy sprzed ciąży. Mój brzuch wygląda teraz lepiej, niż kiedykolwiek, Ania Lewandowska byłaby dumna. Ćwiczyłam mniej więcej od 4 miesiąca, ale dopiero po 7 zaczęłam to robić na pełnej petardzie. Nie, nie oznacza to, że codziennie daję czadu na macie, ale że od tego – okazjonalnego w moim przypadku – dawania czadu nic mnie już nie boli i nie łapię turbo zadyszki. I wszystko byłoby super, gdyby nie to…

Karmię, jem, ale to nie wszystko

Karmię piersią już od roku. Pół roku po porodzie badania krwi były ok. Niedawno się pogorszyły, zbliżam się do anemii. Waga wskazuje o jakieś 3 kg za mało, a więc na niedowagę. Jestem w trakcie odstawiania od piersi, związanych z tym zmian hormonalnych, nauki chodzenia małej, większego zaangażowania w pracę.

Parę dni temu dopadł mnie kryzys. Wyszło zmęczenie, które kumulowało się miesiącami, nocne karmienia i awantury młodej, która czasem woli spać przy piersi, niż w łóżku – to wszystko dało się we znaki. Wyszło moje zajadanie się słodyczami, bo były pod ręką, bo były na już, bo nie trzeba ich gotować ani piec. Straciłam apetyt na większość warzyw i owoców. Z powodu mega kumulacji przemęczenia, złego odżywiania się i karmienia piersią, przestałam miesiączkować. Parę dni temu poczułam, że naprawdę opadam z sił. I dopiero kiedy zaczęłam płakać jak bóbr, w środku dnia, kiedy wszystko było naprawdę OK, żadnych smuteczków na horyzoncie – WTEDY dotarło do mnie, że muszę coś zmienić.

Karmię jem ale to nie wszystko

Skontrolowałam wagę, zbadałam krew, odwiedziłam gabinet lekarski. Przegadałam kilka spraw, ustaliłam priorytety, czyli czas DLA SIEBIE. Nie będzie łatwo, ale będzie dobrze. Nie, to nie było takie proste, jak myślicie – trzask, prask w trzech zdaniach, w jeden dzień. Ja tego problemu wcale nie widziałam, albo może inaczej – nie zdawałam sobie sprawy z jego rozmiarów. Czemu to wszystko piszę? Bo wiem, że taki problem, jak ja ma wiele młodych mam. Mam, które uwierzyły, że można wszystko pogodzić, wystarczy chcieć. Otóż moim zdaniem nie można, jeśli nie ma się dużej pomocy z zewnątrz w postaci męża, babci, niani, żłobka. Nie można ciągle dawać, być ciągle dla kogoś, przy kimś.

Nie żebym narzekała, bo wiecie – Jacek świetnie ogarnia, ale ma też swoją pracę i na taki podział obowiązków póki co się umówiliśmy. Babcie są wspaniałe, ale jedna z nich pracuje, druga nie mieszka w pobliżu. Żłobek? Jeszcze nie. Widzicie, na tym też polegał mój problem – chciałam być mamą, która jest blisko i uczestniczy aktywnie w początkowym rozwoju malucha, a z drugiej strony od początku ciągnęło mnie do pracy, do ludzi, do wyzwań. Jest takie świetne zdanie, nie pamiętam czyjego autorstwa:

Kiedy jestem w domu, to jestem w domu. A kiedy jestem w pracy, to jestem w pracy.

Zaczynam się właśnie do tego stosować. Jako mamy same narzucamy sobie pewien schemat działania, wywieramy presję, chcemy być perfekcyjne. Nie da się. Tyle się o tym mówi, a my i tak musimy się przekonać na własnej skórze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.